środa, 16 maja 2012
Kurs komputerowy był strzałem w dziesiątkę. Grubiutki człowieczek schowany za ogromnymi okularami w fantastyczny sposób potrafił przełamać strach przed komputerem nawet w najbardziej niepewnych siebie starszych paniach, które teraz próbowały niczym przedszkolaki z wysuniętym z przejęcia koniuszkiem języka wystukać jednym palcem coś na klawiaturze. Dla Anki powtarzanie tematów po dziesięć razy okazało się zbawienne, bo chcąc nie chcąc zostawało w głowie. Zresztą nie miała nic innego do roboty wśród grupy gospodyń domowych, które niby poszukiwały pracy, ale wszystko co wykraczało poza rozpoznane tereny domowych czterech ścian wprawiało je w popłoch i przerażenie.
- Pani Aniu, Pani coś z tego rozumie? – szept z tyłu. Odwróciła się zdziwiona, że ktoś zna jej imię. Pulchna postać obleczona w ręcznie robiony sweter wpatrywała się w nią zdezorientowanym wzrokiem. Obok siedziała równie przerażona, ale dla odmiany sucha i koścista kobieta.
- No, trzeba najechać na ten mały kwadracik w prawym górnym rogu, zaznaczyć go i skopiować na pasek. Powinno się otworzyć to okno, co temu gościowi na tablicy. - Mówiła, jakby od zawsze wiedziała, jak „najechać”, „skopiować” i co to „okno”. Niezwykła otwartość i łatwość przekazywania wiadomości „pana z okularami” zdołała przełamać niewiedzę Anki.
Kompletnie zdezorientowana twarz babki z tyłu świadczyła jednak o tym, że nie do wszystkich wiedza ta dotarła. Anka obróciła się do niej i palcem pokazała o co chodzi. Nie pomogło, więc wstała, nachyliła się nad kobietą i krok po kroku przerobiły razem zadanie. Później pokazała babeczce za nią, i tej obok, i tak razem z „panem w okularach” przerobili cała salę. Następne polecenie i Anka znów leciała po sali wskazując co i jak. Po trzech godzinach zajęć komputerowych z instruktorem (Panem Stasiem) rozmawiała jakby znali się od lat, a żadna z nobliwych pań nie była już obca, ale były: Panią Zosią, Małgosią, Krysią, Henią…
Anka wracała dziś z kursu szczęśliwa. Pierwszy raz od dwóch tygodni nie czuła się dziwnie osamotniona i nieszczęśliwa, bo odzyskała wiarę w siebie. Przystanęła z tyłu bloku, zapaliła papierosa i energicznie ruszyła dalej. Zwykle papieros starczał jej przez prawie całą drogę, o ile nie zaciągała się za mocno i zbyt często. Ten jeden papieros dziennie, podczas wieczornego powrotu do domu, powoli stawał się częścią jej dnia. Anka lubiła, jak wszystko przebiegało we wcześniej ustalonej kolejności, i sama tworzyła swoje codzienne rytuały. Powtarzalność zachowań i przewidywalność rezultatów w różnych aspektach codziennego życia dawały jej poczucie bezpieczeństwa eliminujące własny lęk, obawy, niepewność i niepokój.
Szła zaglądając do okien mijanych bloków. Nie wszędzie zaciągnięte były zasłony i w niektórych mieszkaniach życie rodzinne toczyło się z chwilowo z towarzystwem ciekawskich przechodniów. W jednym z mieszkań kobieta myła naczynia w pięknie urządzonej kuchni, w innym duży pokój z olbrzymim obrazem na ścianie oświetlał migoczący telewizor. Ankę ciekawiło głównie urządzenie mijanych wnętrz, małych, ciasnych mieszkań, dopasowanych detalami do charakterów i zainteresowań mieszkańców. Jej pokój, który dzieliła z młodszą siostrą, niewiele mówił o zamieszkujących go dziewczynach, bo matka nie pozwalała na wieszanie bibelotów na ścianach, przestawianie mebli, ani na jakiekolwiek zmiany w ciągu minionych dwudziestu lat. Ostatnią zmianą wystroju było tapetowanie dziewięć lat temu. No i było funkcjonalnie i przestrzennie.
Anka zaciągnęła się mocniej papierosem i przyspieszyła. Musiała wracać do domu.
poniedziałek, 14 maja 2012
* Siedzieli jak co dzień w tym samym barze. Właściciel dobrze ich znał i przymykał oko, że dziesięć osób przy dwóch piwach. Przynajmniej w tygodniu wypełniali pusty lokal.
Dziś dziesięć, czasami nawet czternaście osób. Zmieniali się, jedni przychodzili, inni wychodzili. Z różnych powodów. Czasami matka zakazała - szlaban. Czasami trzeba na sprawdzian coś do szkoły się pouczyć. Ale jak tylko można było przychodzili tutaj. To nic, że bez celu, bez sensu.
Siadali zawsze na tej samej ławce i zawsze było wiadomo, że ktoś tu będzie. Starsi, ci co pracowali, pozwalali sobie na piwo, colę. Młodsi bez kasy, przychodzili posiedzieć. Nikomu nie było żal. Jak się złożyli starczyło czasami na tanie wino, to kupowali w spożywczaku poniżej i wypijali wszyscy po łyku na łąkach powyżej baru. Ale i tak później tu wracali, siadali na tej samej ławce, czasem rozmawiali, czasem nie. Tu było ich miejsce.
Siedzieli już od dwóch godzin i chyba zebrali się już wszyscy. Towarzystwo dosyć ciekawe, przeplatany punk, grunge, metal, ska, oj. Twierdzili, że muzyka odzwierciedlała ich spojrzenie na świat, ich bunt. Nikt jednak się nie przyznawał, że muzyka była ich obroną, osłoną, tarczą. "Najlepszą obroną jest atak" - atakowali: ubraniem, sposobem bycia, myślenia. Walczyli z szarą codziennością o inne, lepsze jutro. Wierzyli, że można, że trzeba. Nie znali innego sposobu.
Betoniara w domu miała wieczną libację. Matka od wielu lat na bezrobociu, nie liczyła już na pracę. W ciągu alkoholowym zapominała o wszystkim. Brat Betoniary kradł po sklepach, handlował amfą, miał kasę na modne ciuchy i dyskoteki, chciał być "kimś". A ona nosiła wiecznie te same pasiaki i żółtą bluzę z kapturem. Zawsze cicha, nieśmiała, gdzieś schowana w kącie. I zawsze była w tym barze.
Ziele był dzieckiem prawników. Rodziców nigdy nie było w domu, więc często urządzali u niego imprezy. Za to była zawsze pełna lodówka. Dziwnych rzeczy nie tykali. Jak nie wiedzieli co to i jak smakuje - nie było na to chętnego. Za to dziewczyny chętnie robiły kolorowe kanapki z szynką, pomidorami i ogórkiem. Wypas. Duży telewizor i kino domowe. Oni słuchali tylko muzyki i opychali się kanapkami. Krępował ich ten luksus. Zielego też. Dlatego rzadko spotykali się u niego.
W zimowe wieczory, kiedy na barowych ławeczkach było zimno, najczęściej chodzili do Kaśki. Maleńskie mieszkanko, maleńki pokoik. Jak weszli wszyscy, to buty nie mieściły im się na przedpokoju, a w pokoiku siedzieli wszędzie gdzie się dało: na łóżku, podłodze, na parapecie. Przytulnie było. Czasami robili frytki.
Anka przyszła dziś późno. Miała pierszy dzień kursu z urzędu bezrobotnych. Nie było źle, ale po kursie od razu pospiesznie do swoich.
- hej Anka, no już myśleliśmy, że nie przyjdziesz! - krzyczeli z daleka, a ona szła i cieszyła się. Że byli.
sobota, 12 maja 2012
Ubrała kurtkę z demobilu, tę ukochaną, naciągnęła czapkę, i jeszcze tylko glany. Drzwi zamknęła po cichu, chcąc uniknąć komentarzy. Bo przecież gdyby matka widziała, że wychodzi, to nie omieszkała by jej poinformować, że wygląda jak strach na wróble, i w dodatku poczęstowałaby ją pogadanką, że” jest dziewczyną i że tak nie wypada. Bo co ludzie powiedzą, jak ją tak zobaczą…” No fakt – jest dziewczyną. I nie miała zamiaru w związku z tym ubierać się w różowe tiulowe sukienki ani żadne takie tam.
W zeszłym roku na gwiazdkę matka kupiła jej piękne czerwone koronkowe majtki. I czerwoną szminkę z Loreal. Prezenty bardzo ekskluzywne jak na ich standardy. Anka to się z tych majtek bardzo ucieszyła, bo od razu skumała, że to na czekającą ją w przyszłym roku studniówkę - na szczęście. Ale nie bardzo rozumiała sens tej szminki. Bo ona sama niewiele się malowała.
Delikatne pociągnięcie szarą kredką oka i kilka ruchów tuszem do rzęs szumnie nazywała makijażem. A w tej czerwonej szmince wyglądała jak zwykła tania kurwa. Oczywiście ucieszyła się bardzo - dokładnie tak jak trzeba było. I nawet później kilka razy próbowała jej użyć. Niestety lustro było nieubłagalne. Majtki za to wyczekały matury i szczęście przyniosły.
A teraz Anka zaczynała się zastanawiać, czy te majtki to na studniówkę były, czy tylko tak.
piątek, 11 maja 2012
Rozdział I c.d.
Po maturze zamierzała zrobić sobie rok przerwy od nauki. Wiedziała, że rodzice nie są w stanie zapłacić za jej studia, więc odsunięcie w czasie podjęcia decyzji co do kierunku nauki miało jeszcze jeden powód. Zakładała, że szybko znajdzie pracę i zacznie kolejny ciekawy etap w życiu. Spodziewała się, że zamiast dzwonkiem na lekcję pierwszy września przywita ją w biurze podczas odbierania telefonów i podawania kawy. W sumie to wydawało jej się, że na każdą miłą i energiczną maturzystkę czeka praca w sekretariacie. Coś jakby zarezerwowane stanowisko dla takich jak ona. Rzeczywistość okazała się daleka od wszelkich wyobrażeń, bo pracy nie mogła znaleźć nie tylko w żadnym biurze, ale też w żadnym sklepie. Kiedy brakło jej pomysłów i powoli zaczęło uchodzić powietrze z balonika entuzjazmu jaki pozostał jej jeszcze po wakacjach, zaczęła oswajać się z myślą, że nadchodzący rok będzie trudniejszy, niż się spodziewała.
Dzisiejszy dzień miał być dniem kapitulacji – Urząd Pracy przyjmuje wszelkie przypadki patałachów prosto po szkole niepotrafiących samodzielnie znaleźć pracy i pociesza ich drobną kwotą zasilającą okresowo portfel. Długo walczyła, żeby nie zasilić ich szeregów.
Anka ubrała się w codzienne ubranie, nie starając się nawet wyglądać lepiej niż zwykle. Spodnie rurki i czarny obszerny sweter do kolan. „Nikt przecież nie będzie jej tam robił zdjęć dla przyszłego pracodawcy” – myślała skrzywiając jednocześnie ironicznie usta w nibyuśmiech.
Kiedy weszła do kuchni zapach kawy dalej wypełniał pomieszczenie, ale mama siedziała już w pokoju oglądając pierwsze powtórki wczorajszych seriali. Jej dzień był wypełniony serialami, stawianiem kart tarota i nie wiadomo tak naprawdę czym jeszcze, bo zamykała się w pokoju zwykle już z samego rana i wychodziła dopiero przed południem. Później pospieszne zakupy w najbliższym sklepie i szybki obiad. Byleby zdążyć przed ojcem.
Ojciec pracował w tygodniu w typowych biurowych godzinach i zawsze kończył pracę o 15,00, więc wiadomo było kiedy musi być obiad. I nie ważne, że pierogi kupne były, że najszybciej, to makaron z serem. Byle jaki, ale obiad musiał być.
Anka nie bardzo garnęła się do kuchni, ale nawet gdyby talent kulinarny rozsadzał ją od środka, to matka i tak za nic nie dopuściła by jej do garnków, jak lew walcząc o swój kawałek królestwa. Śniadanie standardowe – bułka z serem. Ketchupu nie widać. Anka sięgnęła do szafki z zapasami w poszukiwaniu czegoś do posmarowania sera.
- a czego ty tam szukasz?
Poczuła się jak złodziej, przyłapany na gorącym uczynku. Od razu poczuła jak robi się cała czerwona, a gorąc oblewa ją całą. A przecież tylko szukała ketchupu!
- ketchupu.
- nie ma. Nie kupiłam. Tam w szafkach przecież i tak nie trzymam. Spytaj się lepiej, a nie grzebiesz.
„Grzebiesz...” – zapadło i siedziało. „Grzebiesz...”.
Zjadła tę bułkę z serem pośpiesznie, nie przeszkadzał jej już zupełnie brak jakiegokolwiek smarowidła. Chciała jak najszybciej wyjść. Fatalne uczucie, że nie jest u siebie ścigało ją już od długiego czasu. W sumie dziewiętnaście lat skończone, to i matka może rację miała dając do zrozumienia, że czas już opuścić rodzinne gniazdo.
________Pytanie: czy mam to pisać dalej??????????????????????__________________
Kiedy stoję przy kuchence, mieszam łychą w patelni, drugą co jakiś czas w dużym garnku, i odczuwam spokój, satysfakcję i radość, zastanawiam się co się zmieniło?
- Czy miłość nie przemijająca, akceptacja i czułość codzienne?
- Dom, zabałaganiony, ale mój - całkowicie i zupełnie?
- Czy praca, gdzie czasami głośniej krzyczę na szefa niż on na mnie?
- Może spełnienie marzeń?
Dotąd pchało mnie to na przód, a dziś stoję z łychą, mieszam i jestem szczęśliwa... :-)
|
|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
Zakładki:
E-mail: zofijka80@wp.pl
I tutaj:
O mnie:
Zaglądam
|